Sen spracowanych koni

Ewa Karen Giebułtowicz

Poniższy tekst napisałam na prośbę "Hodowcy i Jeźdźca" i ukazał się częściowo
w nr 2/2003 pod, nadanym przez Redakcję, tytułem: "Sen spracowanych koni"

"Pierwsze miejsce, jakie dobrze pamiętam to ogromna, piękna łąka. Był tam staw, pełen czystej wody, nad nim pochylało się kilka dających cień drzew zaś w jego głębszym końcu rosło sitowie i wodne lilie. Z jednej strony widzieliśmy ponad żywopłotem uprawne pole a drugiej strony, za bramą, dom naszego pana stojący przy drodze. Na wzgórzu był lasek jodłowy a niżej, podmywając stromy brzeg, wił się żwawy strumyk."*
Tak zaczyna się najsłynniejsza w angielskiej literaturze autobiografia konia: "Black Beauty" Anny Sewell.
Miałam 8 lat, gdy mój Tato zawiózł mnie pod Warszawę do stajni rtm. Tadeusza Jacobsona. Byłam zapłakana i zła, bo Tato chcąc mi zrobić niespodziankę nie powiedział gdzie jedziemy a ja byłam przekonana, że na wieś, gdzie u znajomych wolno mi było jeździć na oklep po podwórzu na spokojnej, starej Daszce.
Kiedy zobaczyłam konie w stajni natychmiast się uspokoiłam a widok koni i jeźdźców wracających z przejażdżki wprawił mnie w zachwyt. Do tego posadzono mnie na prawdziwego, dużego, osiodłanego konia i przez godzinę jeździłam na lonży. Wypytywałam się o wszystkie konie, ich rasy, imiona, wiek. Wtedy dowiedziałam się, ze stojąca w boksie folblutka naprawdę ma na imię Pilotka, ale właściciele nazywają do Biutka, właśnie od "Black Beauty".
Właściwie konie były w moim życiu od zawsze. Moja Mama podejrzewała nawet, że pewna amazonka jeszcze przed moim urodzeniem rzuciła na mnie urok. Tato opowiadał, jak ucieszył się, na widok mnie pchającej wózek dla lalek. Mina mu zrzedła, gdy zamiast lalek zobaczył troskliwie opatulone kołderką koniki.
Moja starsza siostra w czasie wojny, we Lwowie, wyrywała się Mamie i ku jej przerażeniu gnała do napotkanych na ulicy esesmańskich psów. Z kolei ja wyrywałam się do każdego napotkanego konia.
Na początku lat pięćdziesiątych w Warszawie było jeszcze dużo koni. Mieszkałam w Śródmieściu, przy placu Zbawiciela i niedaleko był bazar na Polnej. Stało tam zawsze kilkadziesiąt wozów. Na moim podwórzu były ruiny z czasów wojny, cegłę z nich wywożono konnymi wozami. Kiedy rozbierano piwnice, konie musiały wyciągać wozy pod górę; jeden z wozaków zaczął strasznie bić konia. Cala gromada dzieci pobiegliśmy po milicjanta (a nie wolno nam było wychodzić z podwórza). Wozak gdzieś zniknął a konia wyprzęgnięto i zabrano.

Po drugiej stronie ulicy był (chyba jest do dzisiaj) duży sklep meblowy a na niezabudowanym placyku, zaraz przy ścianie kamienicy stały platformy, którymi rozwożono meble. Na podwórzu był kran, jak wyrzucałam śmiecie płukałam wiadro i nosiłam tym koniom wodę. Natomiast moje marzenie - konie do jazdy - właściwie nie istniały. Były sportowe konie na Legii, była Gwardia KBW i przy PTWK na Służewcu stajnia prowadzona przez mjr. Roycewicza. Właściwie wszystko. Jazda konna i tenis na równi były źle widziane przez ówczesne władze. Kiedy mowie o tym studentom przyjeżdżającym na praktyki do mojego gospodarstwa, słuchają z niedowierzaniem.

Jednym, jedynym prywatnym klubem i miejscem gdzie mogło jeździć dziecko - jakbyśmy teraz powiedzieli: rekreacyjnie - to była stajnia Rotmistrza. Na szczęście udało mi się tam trafić. Na początku stajnia była przy warszawskim Ogrodzie Zoologicznym. Ogród kupował konie na mięso dla drapieżników. Wśród przyprowadzanych trafiały się wierzchowce zagubione i zniszczone w wojennej zawierusze. Odkarmione, znowu zaczęły chodzić pod siodłem. To się władzom nie podobało - wspaniale pokazuje to film Krzysztofa Zanussiego "Cwał". Konie nie mogły nigdzie na dłużej zagrzać miejsca. Ja sama pamiętam cztery różne stajnie, wracałam z wakacji a konie już były w nowym miejscu. Stosunkowo najdłuższym i najstabilniejszym okresem było sześć lat w Jabłonnej. Konie stały w zrujnowanej stajni w zdziczałym parku otaczającym pałac księcia Józefa Poniatowskiego.
Teraz widzę, że utrzymanie koni graniczyło z cudem. Kilka koni miało właścicieli płacących cześć kosztów utrzymania. Godzina jazdy kosztowała 30 zł a metr owsa 300 zł. Nie było wielu chętnych do nauki, ja byłam właściwie jedynym małym dzieckiem stale jeżdżącym i mam wrażenie, że nie bardzo było wiadomo, co ze mną zrobić. Oczywiście jeździłam na lonży, ale też z "dorosłymi" w teren. Wtedy dosiadałam starego siwego Figlarza. Rotmistrz osobiście pilnował żebym go doczyściła "do białości", było to raczej niewykonalne, ale starałam się jak mogłam. Figlarz znał przynajmniej setkę sposobów, żeby uprzykrzyć jeźdźcowi życie. W terenie stare wygi jechały przodem, nie oglądając się na nienadążajacego Figlarza, za to za mną jechał Rotmistrz i cały czas wytykał popełniane błędy.