Sen spracowanych koni

Pewnego dnia zanieśliśmy z bratem gazety do skupu makulatury. Cale 70 kg! Dostaliśmy 70 zł do podziału. Ja swoja cześć przeznaczyłam oczywiście na jazdę konna. Kiedy pochwaliłam się w stajni, ze dzisiaj jeżdżę za własne pieniądze, p. Krystyna Topiłko, która była prawa ręką Rotmistrza i prowadziła jazdy, nie dość, że dała mi na jazdę Sułtana, który w moich oczach stał o niebo wyżej od Figlarza, to jeszcze przedłużyła mi lekcje przynajmniej o pól godziny. Strasznie byłam z siebie dumna.

Mój Tato pracował bardzo dużo, po przyjściu z redakcji siadał w swoim pokoju do maszyny i pisał do późna w nocy. Nie można było mu przeszkadzać; moje starsze rodzeństwo, gdy miało jakąś nagłą sprawę do niego, to wysyłało mnie. Ja wchodziłam cichutko do pokoju i najpierw szłam do okna - niby, że chcę popatrzeć na termometr - a potem dopiero stawałam koło biurka i czekałam aż Tato skończy pisać zdanie i zapyta mnie, o co chodzi. Będąc tak zajęty znajdował czas, żeby dwa razy w tygodniu zawieźć mnie do koni, dopóki nie podrosłam na tyle, żeby jeździć sama.
Tato był z wykształcenia prawnikiem i dyplomatą. Uważał, ze dzieci wychowuje się przykładem, każdą pracę należy szanować i wykonywać najlepiej jak się potrafi. W czasie wojny pracował u szewca i później sam zelował buty. Pamiętam jak raz Rodzice szli na przyjęcie, Tato już ubrany w smoking nagle stwierdził, że buty są nie całkiem doskonałe, zdjął wiec smoking, ściągnął z pawlacza pudło z przyborami szewskimi i zaczął reperować obcasy. Ta scena staje mi przed oczami ile razy sama coś szyję używając wciąż tych samych narzędzi.
Moim domowym obowiązkiem było umycie łazienki i kuchni raz na tydzień. Kiedy już sama jeździłam do Jabłonnej, wstawałam o piątej rano w niedziele, żeby do siódmej posprzątać i być w stajni na ósmą. W tygodniu oczywiście nie można mnie było dobudzić do szkoły i Mama mi to do dzisiaj wypomina.
Do stajni Rotmistrza trafiały bardzo różne konie. Były folbluty i angloaraby wybrakowane z toru, jak Big Indian, Biutka, Cefal, były konie z przeszłością w wozie, jak Donia i Sułtan, albo z rozpaczliwie zniszczonymi kopytami, jak Etoile i Chalcedon. Tylko jedynie srokaty Wacek był kupiony na aukcji w Łącku przez amerykańską właścicielkę.

Rotmistrz sam rozczyszczał koniom kopyta i doszedł w tej materii do perfekcji. Powiedziałabym, że on ich nie rozczyszczał - on je cyzelował. W rezultacie nawet biedna Etolie zaczęła normalnie chodzić. Do trzymania nóg koniom Rotmistrz preferował dziewczyny, mówił, ze "baba jęczy, ale trzyma a chłopak puści jak się zmęczy". Wtedy na to narzekałam a teraz dziękuję, bo gdzie ja bym się tego nauczyła? Widziałam nie tylko jak kopyto było korygowane, ale jak się zmieniało i poprawiało.

Pałac w Jabłonnej należał do Polskiej Akademii Nauk, przy nim był Klub Dyplomatyczny i jakimś cudem, za poparciem jeżdżących konno ambasadorów przycupnęła tam stajnia. Oficjalnie na pieczątce stało: Sekcja Jeździecka PLL "Lot", przy Klubie Dyplomatycznym, Pałac PAN, Jabłonna. Budynek stajni, pamiętający księcia Poniatowskiego, był w straszliwym stanie, pierwszej zimy w stajni było tak samo zimno jak na dworze a wtedy zamknięto szkoły z powodu mrozu. Zaczęło jednak jeździć coraz więcej dorosłych i sporo młodzieży. Wspominam okres stajni w Jabłonnej dość szczegółowo, ale to właśnie wtedy nauczyłam się najwięcej, to był grunt, na którym mogłam bazować.
Konie pracowały nierówno - zima prawie nikogo na jazdę, a w pogodne cieple dni tłum chętnych. Konie chodziły po osiem godzin, ale utrzymywały kondycje i przez te kilka lat nie pamiętam, żeby któryś z nich był odparzony pod siodłem lub obtarty od popręgu a kulawizny też, oprócz jednego razu, nie pamiętam. Każdy koń miał swoje dopasowane siodło i ogłowie a i tak było sprawdzane siodłanie, popręg, wszystkie sprzączki i szlufki przy ogłowiu.
Na sobie samej z kolei sprawdziłam, że jeździec musi się bardziej bać instruktora niż konia, na którym siedzi. Strasznie podobał mi się Cefal - francuski angloarab rodem z Ochab - ciemnogniady, bez odmian (do dzisiaj lubię takie konie), szalenie łagodny, ale strasznie płochliwy. Kiedyś chodził gonitwy płotowe, więc jak się wystraszył to gnał bez opamiętania. To był koń dla takich trochę lepszych jeźdźców a ja strasznie chciałam na nim jeździć. W końcu mi pozwolono na nim pojeździć. Wielce uradowana jadę sobie dróżką koło płotu i patrzę jak właścicielka Biutki, Marysia hrabianka Sierakowska w różowych dessous siedzi na dachu stajni i szarpie się z podrdzewiałą blachą. Ja zostałam, Cefal uciekł. Wiedziałam, że jak jeszcze raz spadnę to już go więcej nie dostanę. Oczywiście spadlam jeszcze kilka razy, ale w krzakach i tak szybko się gramoliłam z powrotem, ze nikt się nie dowiedział. Aż na przedwiośniu jadąc całą grupą w teren przejeżdżaliśmy przez szosę. Ja na Cefciu ostatnia. Jakiś samochód zatrąbił i w mgnieniu oka byłam w połowie ornego pola. Ryk, jaki wydobył z siebie Rotmistrz ogłuszyłby pułk kawalerii: Urwiesz konia!!! Stój!!! Resztę spaceru przejechałam jako druga, bez przerwy op...na, że za blisko podjeżdżam. I wtedy się z Cefalem dogadałam. Wcześniej niż on wiedziałam, że ma zamiar przestraszyć się i wystartować. Łydki i zagadać go! - Ależ ty jesteś odważny, popatrz tam się ptaszek kąpie! I nie było sprawy.