Sen spracowanych koni

Prawie w każdej stajni można zarobić na jazdy praca przy obsłudze koni, mi się trafiła prawdziwa gratka: darmowe jazdy w zamian prowadzenia przejażdżek po parku - ja jechałam pierwsza a za mną dwa - trzy konie a na nich raczej słabi jeźdźcy, ale za to bardzo ważni: dyplomaci, artyści, naukowcy. Należało tak z nimi jeździć, żeby nikt nie spadł i się nie potłukł, konie się nie zmęczyły, (bo czasem było i 8 godzin takiej jazdy), jeźdźcy byli zadowoleni i, Broń Boże, nie mieli wrażenia, że kręcą się w kółko po parku, ale że jadą gdzieś w daleki i nieznany teren. Raz podpadłam straszliwie: zaczął jeździć znany aktor, p. Ignacy Gogolewski. Póki jeździł na Etoile, która nosiła siodło oficerskie i była oazą poczciwości, wszystko było dobrze. Niestety Etoile chodziła zawsze ostatnia i caplowala, nie była tez zbyt urodziwa. P. Gogolewski zapragnął jeździć na Biutce, folblutce wielkiej urody, ale jak to folblut czasami narwanej. Jeździłam wiec z nim jak z jajem, parę razy się udało, aż pewnego razu oglądam się - jedziemy stępem - a tu jeździec majestatycznie zsuwa się z kobyły, czule ją obejmując za szyję. Biutka nawet stanęła z wrażenia. Myślę sobie: nic mu się nie stało, niech wsiada i jedziemy dalej. Niestety, aktor co prawda wstał o własnych siłach, ale okazało się, że ma podarty rękaw koszuli i w ogóle odmówił wejścia na konia, teraz i w przyszłości. Ja jeszcze przez dwa lata wysłuchiwałam, jakiego dobrego klienta stajnia straciła przez moją głupotę, brak szacunku dla sceny polskiej itd... Podpadłam jeszcze raz i tu już absolutnie nie czuję się winna: w przerwach między jazdami paśliśmy konie w parku, trzymając je za wodze. Trzeba było bardzo uważać, żeby nie przydeptały wodzy, bo to groziło niechybnym urwaniem policzka od tręzelki. No, i któryś koń urwał, mnie co prawda przy tym nie było, ale ja się ostałam winna. Od tej pory byłam obwiniana za każdy urwany rzemyk. Strasznie mnie to złościło, ale ja sama okiem bazyliszka patrzę na zwisające wodze i wydzieram się: koniec wodzy, bo koń nogę włoży!
Zgodnie z moim planem poszłam na studia zootechniczne, ale nie udało mi się dostać na specjalizacje magisterska z hodowli koni. Za to wylądowałam w owcach, gdzie była przesympatyczna kadra. Być może miało tak być, bo potem prof. Adam Skoczylas szalenie mi pomógł. Być może właśnie przez te owce jestem tutaj i są "Żabie Błota"? Czasami zastanawiam się, czy w ogóle są przypadki w życiu, czy może to, co nam się wydaje przypadkiem jest zaplanowane? Czy wybierając różne drogi nie dojdziemy do tego samego punktu? Jaki wpływ my sami mamy na swoje decyzje?

Miałam wypadek, nagle znalazłam się kilka pięter niżej, dość skutecznie połamana. Po 10 tygodniach leżenia na plecach udało mi się wyjść ze szpitala na własnych nogach. Miednica mi się zrosła w miarę równo, natomiast prawa ręka, którą nikt się na początku nie przejmował, zrosła się bardzo szybko i tak jak sama chciała, i nie bardzo można ją już było wyprostować. Dostałam skierowanie do STOCERu w Konstancinie, żeby rehabilitować tę rękę. Nie chciałam iść do żadnego szpitala, miałam na całe życie dość leżenia i prawie bym się nie dala namówić, gdyby mi nie powiedziano, ze tam jest koń i może będę mogła jeździć! Właściwie to zaczęłam chodzić też na złość i przekór wszystkim, bo na moje pytanie: kiedy będę mogła jeździć? Dostawałam bardzo oględne i wymijające odpowiedzi - no, rok na wózku, potem rok o kulach, a potem się zobaczy... O, niedoczekanie wasze, albo będę chodzić, albo..., albo co? No, to trzeba chodzić. Zaczęłam, ale strasznie to było kiepskie chodzenie. Poza tym się bałam. Bałam się chodzić, bałam się jeździć samochodem, bałam się panicznie, że znowu coś mi się złamie, że będzie wypadek, znowu wyląduje na plecach, kompletnie bezradna.
W Konstancinie okazało się, ze koń co prawda jest, ale mój przypadek nie kwalifikuje się do hipoterapii, poza tym pani, która zajmuje się koniem jest chora.... Zaczęłam działać na własna rękę. Po pierwsze zlokalizowałam konia. Miał stajnie na końcu szpitalnej chlewni i mało go było widać przez mętną szybkę, ale był. Potem dotarłam do opiekunki, p. Urszuli Wirskiej (jako Zula Szweicerówna jeździła na torze). Stanęłam przy łóżku i wyłuszczyłam prośbę, że chce do konia, że chcę jeździć. Na początku nie było mowy o jeździe, ale zapytała mnie, gdzie dotąd jeździłam? Różnie - mówię, - ale zaczynałam u Jacobsona. - P. Wirska rozpromieniła się - ja jeździłam u niego w ZOO, tu masz klucz, możesz jeździć!
Dzięki Panu Bogu, lekarze mają tak wąskie specjalizacje, że nie wie lewica.... Poszłam do lekarza prowadzącego z pytaniem, czy mogę jeździć? A on był "od ręki" i nie miał pojęcia, że miałam połamaną miednicę. Zgodził się, ale zastrzegł, że lepiej żebym nie spadła, bo jeszcze sobie coś złamię. Placyk do jazdy konnej był w parku akurat pod oknami pokoju lekarskiego.