Sen spracowanych koni

Koń okazał się gniadym arabem o imieniu Kosmos. Był mały, ale ja i tak nie mogłam wsiąść. W końcu wdrapałam się na wóz, z wozu na koło, z koła na siodło. Uff!! Pojechałam stępa do parku. Bałam się. Zaczęłam kłusować po kole i bałam się tak potwornie, że nie byłam w stanie myśleć o niczym, tylko, że zaraz spadnę i się połamię... Ze strachu zwinęłam się w kłębek, kolana pod broda. Kosmos zagalopował i wbiegł między dwie wysokie sosny. On się zmieścił, ja zostałam. Kiedy spadałam, już się nie bałam, myślałam tylko: o Boże, lekarze to widzą, nie dadzą mi więcej jeździć! Żeby tylko nie zobaczyli! Nie wiem, jakim cudem złapałam Kosmosa, podprowadziłam do ławki i wsiadłam. Dopiero jak już usiadłam w siodle przyszła refleksja: jak to, spadłam i jestem cała? No, to teraz koniu zobaczysz! I PRZESTAŁAM SIĘ BAĆ!
Gdyby nie Kosmos i moja przemożna chęć znalezienia się znowu na końskim grzbiecie, to nie wiem jak długo wracałabym do normalności, jak długo walczyłabym z paraliżującym lękiem na widok nadjeżdżającego samochodu, skoro dopiero od kilku lat odważam się wejść na krzesło, żeby wkręcić żarówkę? Parę lat temu wywróciłam się z moją klaczą, pokiereszowałam sobie twarz, mam blizny. Sama się dziwie, ze w ogóle nie zrobiło to na mnie wrażenia. Co innego stanąć na krześle, a nuż się gibnie?
Gwałtowna poprawa mojego zdrowia po jeździe na Kosmosie zrobiła takie wrażenie na mojej Mamie, ze zgodziła się na kupno konia. Liczyłam, ze odszkodowanie za wypadek wystarczy mi na zakup zupełnie niezłego konia. Okazało się, ze utraty zdrowia to miałam całkiem sporo - 35%, ale ubezpieczenie studenckie. Starczyło na remont siodła. W końcu Mama dała mi pieniądze, ale nie było tego dużo. Poprosiłam znajomych, mieszkających na południe od Tarnowa, żeby mi znaleźli jakiegoś niedrogiego konia. Znaleźli; wynajęłam samochód i pojechałam. Było już ciemno jak dotarłam na miejsce. Dech mi zaparło, gdy w świetle stajennej latarni zobaczyłam stojące w sadzie potwornie chude, oblepione błotem zwierzę. Spanikowałam. Jak tu się wycofać? Za samochód i tak muszę zapłacić. Jak ja go pokażę Mamie, jak wytłumaczę, że to będzie KOŃ? Siedem kilometrów prowadziłam go do czekającego samochodu. Szedł jakby wiedział gdzie idzie i, że jest mój.
Zatrzymałam się na dwa dni w KJ Hubert nad jeziorkiem Czerniakowskim; mężnie znosiłam wszelkie uwagi na temat wyrzuconych pieniędzy. Konia ochrzciłam Gnat. Nic innego nie pasowało. Nawet po wyczyszczeniu wyglądał jak kupa kości owinięta w dziurawą skórę. Sierść miał krótką a na szyi i łopatkach masę małych łysych placków wielkości złotówki. Za to ogon do ziemi.
Zapakowałam go do kolejnej ciężarówki, dojechałam prawie do Szczecinka i dalej poprowadziłam go, prawie 60 km, nocując po drodze, do Łęg. Gospodarstwo w Łęgach było częścią KPGR w Redle i trafiłam tam pół roku wcześniej zbierając materiały do pracy magisterskiej. Szalenie mi się tam spodobało, codziennie z Łęg jeździłam konno do odległej o kilka kilometrów owczarni w Dąbrowie, gdzie mierzyłam i ważyłam jagnięta z przeróżnych krzyżówek międzyrasowych. Teraz latem miałam kontynuować pomiary.
Widok mojego chudego konia, zwłaszcza na tle wypasionych koni do bryczki, był źródłem przeróżnych docinków i złośliwości. Co i raz ktoś przynosił mi cennik skupu koni, gdzie była pozycja "chudzce i braki na pokarm dla zwierząt" i doradzał szybko sprzedać, nim padnie. Gnat tymczasem stal w najciemniejszym końcu stajni, żarł owies, miał świetny humor, zaczął się nawet płoszyć na spacerach, ale się nic nie poprawiał. Gdzieś po sześciu tygodniach, rano przyszłam do stajni i zobaczyłam, ze mój koń jest cały w różowe cętki. Okazało się, ze w tych łysych miejscach złuszczył się czarny naskórek i jest nowy, różowy. Jednocześnie przy czyszczeniu zaczęła mu wypadać czarna, krótka sierść. Po tygodniu miał już piękne nowe futerko i zaczął wręcz puchnąc w oczach. W końcu po dwóch miesiącach od kupna miałam lśniącego, gniadego konia, tryskającego werwą i humorem. Co poniektórym miny zrzedły.