Sen spracowanych koni

Kiedy się rozwiodłam i uporządkowałam z grubsza sprawy majątkowe mogłam sama decydować ile i jakie zwierzęta chcę. I tak ilość koni powoli rosła a krów malała. Zaczęło się od konia mojej siostrzenicy, która doszła do jakże słusznego wniosku, że lepiej puścić konia ciotce na pastwisko i jeździć na nim do woli kilka razy w roku niż trzymać go w boksie pod Warszawa i nie mieć dla niego w ogóle czasu. Potem kupiłam za rzeźną cenę 4-letnią klacz, która z niewiadomych przyczyn kulała. Właściwie to zrobiłam to, dlatego, że nie zgadzałam się z oficjalną diagnozą i trochę chciałam udowodnić, że ja też coś wiem. Po pól roku sprawa się wyjaśniła po mojej myśli a klacz do dzisiaj w dobrym zdrowiu chodzi pod siodłem i rodzi źrebaki. Następna była wspaniała, ukochana Sabaudia (po Saraganie). To właśnie ta 20-letnia wtedy folblutka zapoczątkowała idee schroniska-przytuliska-hospicjum-domu konia weterana - dla koni już niepotrzebnych właścicielom. W stajni, w której była, nie nadawała się już do niczego, nawet nie można jej było oprowadzać pod małymi dziećmi. Kaszlała i słaniała się na nogach. Ja też myślałam, że zaraz padnie i nie o wiele przedłużę jej życie. Tymczasem klacz przeżyła druga młodość. Zapomniała o kaszlu, dzieci jeździły na niej w teren. Odeszła nagle tej wiosny mając 26 lat, do końca ciesząc się zdrowiem i doskonałym apetytem. Mówiłam o niej "Lady", bo miała niezwykle arystokratyczne maniery i czasami przypominała dobrze wychowana księżniczkę, którą okrutne życie rzuciło pomiędzy nieumiejący się zachować motłoch. Jestem bardzo wdzięczna jej poprzedniemu właścicielowi, że przysłał ją do mnie zamiast uśpić, czy sprzedać na rzeź. Darował jej sześć dobrych lat. Nie wszystkie konie u mnie dożywają wieku Sabaudii, ale są też takie, które żyją dużo dłużej.
Mam takie wrażenie, że konie, które całe życie pracowały z ludźmi i były przez nich dobrze traktowane, nie chcą na starość czuć się niepotrzebne. Tak jak starzy ludzie, których świadomość, że są przydatni, utrzymuje w zdrowiu. Akurat cztery lata temu do Żabich Błot przybył Prezes. Prezesa znali chyba wszyscy jeźdźcy w Szczecinie a o jego pomysłach i wyczynach krążą legendy. Ja dołożę jeszcze jedną historię - absolutnie prawdziwą. Na początku Prezes kulał, mniej, bardziej, ale kulał. Stopniowo kulawizna zaczęła mu przechodzić i pewna mała dziewczynka zaczęła na nim jeździć w teren. Ale zaczęli też i inni, z czego Prezes nie był zbyt zadowolony, więc widząc osobę idącą z kantarem po pastwisku na wszelki wypadek zaczynał utykać, słusznie licząc, że dadzą mu spokój. Ponieważ już się połapałam w jego gierkach a właśnie miała przyjechać jego ulubiona amazonka, złapałam go i sprowadzałam z pastwiska. Oczywiście kuśtykał a czynił to tak przekonywująco, że zaczęłam się na serio zastanawiać, czy aby na pewno coś mu nie dolega. I tak ciągnęłam opierającego się konia aż podjechał samochód, wyskoczyła z niego mała dziewczynka i zaczęła biec w stronę Prezesa. A on, co na to? Wzrok mu pojaśniał, w jednym momencie zapomniał o kulawiźnie i sam żwawo ruszył w jej stronę! Teraz od dwóch lat ma swoje małe stadko klaczy i młodzieży pod opieką i w ogóle nie pamięta, że można kuleć. Za to jak mu zabrać którąś z klaczy to jest gotów za nią przeskoczyć wszystkie ploty.
Teraz, w maju, kiedy jeszcze źrebią się klacze, często przed świtem obchodzę pastwiska. W takie pogodne noce, przed wschodem słońca, wszystko jest szare; leżące konie zlewają się z trawą, krzaki i drzewa też są nierzeczywiste, szare i nieruchome. Nad wodą i w kotlinkach unosi się delikatna mgła. Powoli niebo rozjaśnia się i wszystko nabiera kolorów, trawa jest równym, zielonym kobiercem, wszystko odzyskuje swoje kształty i barwy a kiedy słońce podniesie się wyżej, mgła znika i po chwili nagle, zupełnie niespodziewanie, na tle zielonej trawy pojawia się nieprzebrana ilość, maleńkich, złotych słońc. Mam wtedy wielka ochotę położyć się koło moich koni i leżeć tak, patrząc w niebo.
Chyba to jest właśnie takie pastwisko, o jakim śnił stary koń z angielskiej książki i o jakim śnią wszystkie inne spracowane konie na całym świecie. Cieszę się, że chociaż kilku z nich mogę je dać.

*Anna Sewell "Black Beauty", tłum. Ewa K. Giebułtowicz